Najnowsze wpisy


sty 27 2006 ODCINEK nr 2
Komentarze: 3

Rozdział 4

Dochodziła szósta. Roger porządkował papiery, które w równym tempie wyskakiwały z drukarki przy akompaniamencie jej cichego rzężenia. Kiedy drukowanie się skończyło naukowiec włożył wszystkie papiery w szara teczkę i skierował się w stronę wyjścia. Doszedł do windy - jego biuro znajdowało się na piątym piętrze dziewięciopiętrowego biurowca - i zjechał na parter. Przestronny hol urządzony był bardzo bogato i gustownie. Gdyby nie tablica wisząca nad kontuarem recepcji na pierwszy rzut oka nikt nie pomyślałby, że wszedł do Instytutu Badań Naukowych. Młoda i ładna recepcjonistka, zajmująca swoje stanowisko naprzeciw drzwi, zerknęła na Roger'a i posłała mu miły uśmiech. Odwzajemnił się tym samym i podszedł do kontuaru w celu odebrania swojego płaszcza.

- Wcześnie pan dziś wychodzi - jej delikatny głos dobiegł jego uszu.

- Mam umówione spotkanie ze znajomym, później wrócę do domu. Dawno nie spędzałem w nim należycie dużo czasu.

Claudia, bo tak miała na imię, podała mu jego płaszcz i pożegnała kolejnym miłym uśmiechem. Skierował się do wyjścia. Pogoda dopisywała. Słonce nieśmiało przebijało się przez chmury. Wiał lekki wietrzyk, ale na szczęście nie zapowiadało się na deszcz. Roger udał się na tyły budynku. Znajdował się tam parking, na którym czekał na niego brązowy mustang. Wsiadł do samochodu i włożył kluczyk do stacyjki. Przekręcił go, ale nic się nie stało. Spróbował ponownie. Żadnej reakcji. Roger zaklął i wysiadł. Nie znał się na samochodach. Wiedział, ze jeżeli zabierze się za naprawę to stan rzeczy może się tylko jeszcze pogorszyć. Postanowił zostawić samochód na parkingu i na piechotę udać się na spotkanie z Bob'em.

- Bar nie jest daleko. Kiedy będę wracał zadzwonię po pomoc i oddam samochód do warsztatu. Nie mogę uwierzyć, ze się zepsuł - pomyślał przekręcając kluczyk w zamku.

 

Rozdział 5

Droga nie była długa, ale również niezbyt ciekawa. Roger musiał przejść w pobliżu dzielnic, które w Hrooge nie były często odwiedzane przez zwykłych mieszkańców miasta. Okolice, w których znajdował się "Groofin" zamieszkane były, a raczej okupowane, przez bezdomnych i popadających lub już będących w najwyższym stanie uzależnienia od alkoholu. Cała okolica przesączona była zapachem alkoholu zmieszanego z odorem, którego pochodzenia Roger nie mógł ustalić. Zapach ten przypominał odór wyziewów z najbardziej zapomnianych ulicznych studzienek kanalizacyjnych. Do "Groofin'a" dotarł piętnaście minut spóźniony. Bob już na niego czekał.

Siedział przy stoliku, nieco w kacie lokalu. Stał przed nim kufel piwa, pusty do połowy. Roger wywnioskował z tego, że musiał czekać już od dłuższego czasu. Podszedł do swojego przyjaciela i uścisnęli sobie ręce. Zajęli miejsca po przeciwległych stronach stolika.

- Widzę, ze zmieniłeś się nieco przez te ostatnie miesiące. Straciłeś przede wszystkim punktualność, ciekawe co jeszcze wyjdzie na jaw - Bob powiedział to z nutą wesołości w głosie.

- Przepraszam za spóźnienie, samochód mi nawalił.

Podszedł do nich kelner ubrany w czarny, dokładnie ułożony i bez najmniejszego zagięcia frak. Bob zamówił następne piwo. Roger poprosił o to samo. Już po chwili prowadzili rozmowę popijając złocisty napój z pojemnych kufli.

- Wiesz, czasami cię nie rozumiem. Osiągnąłeś spory sukces i wcale nie nadałeś temu żadnego rozgłosu.

- Tym właśnie się różnimy. Ja jestem człowiekiem spokojnym i ułożonym, ty natomiast nie potrafisz obejść się bez poklasku i gadania, dobrego gadania, o twojej osobie.

- Nie zaprzeczam. Prawdziwy dziennikarz powinien się lansować i szukać rozgłosu. Uwielbiam, jak moje artykuły trafiają na pierwsze strony.

- Tak... Czy mogę domyślać się, że ściągnąłeś mnie tu w celu zrobienia kolejnego materiału na pierwsza stronę?

- Nie, lecz jeśli masz ochotę...

- Nie, dzięki - Roger z uśmiechem uczynił przeczący ruch ręką - Nie zależy mi na rozgłosie, wolę zachować to dla siebie.

- Oczywiście, nie nalegam. Nie zaprosiłem cię tu z tego powodu. Chciałem po prostu pogadać. Co u ciebie? Nie widzieliśmy się tyle czasu. Jakieś zmiany?

- Szczerze mówiąc, to tak. Moje kontakty z rodziną stały się nieco ozięble. Staram się jakoś nadrobić swoje zaległości.

- Nie dziwie się. Specjalnie cię tu wyciągnąłem. Pogadamy, zapomnisz o wyrzutach, wyluzujesz się nieco.

- Dzięki, to miłe z twojej strony. Rzeczywiście, potrzebuję się komuś wygadać. A ty? Nie znalazłeś jeszcze miłości swojego życia?

- Nie, nie mam tyle szczęścia - Bob mówiąc to unikał wzroku przyjaciela. Roger'owi wydało się, że kręci, ale postanowił nie naciskać.

Ich rozmowa toczyła się długo. Wymieniali poglądy, opowiadali sobie swoje przygody, zdarzenia z ostatnich dni. Wrócili także pamięciom do lat studenckich. Czas płynął szybko i nim się zorientowali zegarki zaczęły wskazywać godzinę dziesiątą. Roger trochę się zaniepokoił. Katharine zapewne się martwiła. Podziękował Bob'owi za spotkanie. Chciał uregulować swoją część należności, ale przyjaciel mu na to nie pozwolił.

- Skoro cię tu zaprosiłem, to nie nalegaj. Zapłacę - powiedział stanowczym lecz wesołym tonem.

Położył pieniądze pod rachunkiem i przesunął tackę, na której leżały, w stronę sztywno stojącego przy ich stoliku kelnera. Skierowali się do wyjścia. Na dworze nie było zimno. Jednak brak gęstszego rozmieszczenia latarni dawał się we znaki. Na ulicy panował mrok. Po chwili ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności i zaczęli dostrzegać zarysy otaczających ich budynków.

- Cóż, dzięki za zaproszenie. Mam nadzieję, że spotkamy się w niedalekiej przyszłości. - Roger uścisnął dłoń Bob'a.

- Ja również nie będę się mógł doczekać. Następnym razem zaproszę cię wraz z żoną. Idziesz do domu?

- Tak. Postaram się szybko tam dotrzeć.

Jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie. Każdy poszedł w swoja stronę. Roger szedł tą samą drogą, którą tu przyszedł. Po drodze wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Chciał zadzwonić do domu, aby uspokoić żonę, pewnie się martwiła, że długo nie wraca. Spojrzał na wyświetlacz telefonu. Był ciemny. Nacisnął klawisz, ale nic się nie stało.

- Wyładował się, cholera. Trudno, Katharine będzie musiała poczekać, aż dojdę do domu.

Roger przyśpieszył kroku. Wszedł właśnie w jakąś ciemną uliczkę. Nikogo tu nie było, ani śladu człowieka. Roger poczuł dreszcze przebiegające po plecach. Włożył telefon do kieszeni i szedł dalej. Nagle wydało mu się, ze oprócz swoich kroków słyszy jakieś inne, nie wydawane przez jego buty. Pomyślał, że to może echo. Zwolnił nieco i nasłuchiwał. Teraz słyszał juz wyraźnie obcą parę nóg wystukujących równy rytm za jego plecami. Odgłos stał się nagle wyraźniejszy. Roger usłyszał czyjś nerwowy oddech. Przestraszył się nie na żarty. Ponownie przyśpieszył kroku, próbując dojrzeć kątem oka idącą za nim osobę. Nagle poczuł czyjś oddech na swoim karku. Chciał odwrócić głowę, ale mu się to nie udało. Uczuł ukłucie w okolicach tylnej części czaszki. Potem następne. I kolejne. Zrobiło mu się słabo. Krzyknął. Poczuł jeszcze jedno ukłucie. Tym razem w plecy. Nie wytrzymał. Upadł na chodnik. Nie mógł obrócić głowy. Ostry ból przeszywał jego ciało. Czuł jak coś tkwi w jego plecach. Później ktoś to wyszarpnął. Czekał na następny cios. Pewnie i tak nic by nie poczuł. Wydawało mu się, ze słyszy pochlipywanie. Później nie słyszał już nic. Wyciągnął się na chodniku starając się nie myśleć o bólu. Nie mógł krzyknąć, nie mógł się ruszyć. Nawet wiedział, dlaczego umiera. Nie miało to teraz większego znaczenia. Jego twarz zastygła w grymasie bezradności i zupełnego oszołomienia.

 

kryminolog : :
sty 27 2006 ODCINEK nr 1
Komentarze: 0

Rozdział 1

Roger Lowe, znany naukowiec robiący coraz większą karierę w swojej branży, rozpoczynał właśnie swój kolejny dzień pracy. Wiedział, że ten dzień będzie dla niego zupełnie wyjątkowy. Przygotowywał się do niego bardzo starannie i długo. Właśnie dziś miał nastąpić dla niego bardzo ważny moment. Wszystko było zapięte na ostatni guzik, wystarczyło już tylko, aby złożył na świeżo przygotowanym kontrakcie swój podpis i projekt, który nazywał projektem swojego życia zostanie zrealizowany. Lowe czekał na ta chwile bardzo długo. Wiedział, że ten sukces zawdzięcza swojej ciężkiej i wytrwałej pracy. Wiele godzin mozolnych badań, obliczeń, opisów, porównań. Wszystko nie poszło na marne. Lowe dzięki swym badaniom nad genomem człowieka znalazł rozwiązanie problemu nurtującego wielu naukowców od lat. Jego praca na temat budowy, struktury i właściwości ludzkiego DNA pozwalała mu znaleźć odpowiedz oraz sposoby leczenia wielu schorzeń genetycznych. Odkrycie to było czymś naprawdę wielkim i nadzwyczajnym. Cała rzesza naukowców zajmująca się tym problemem nie doszła do takich wyników jak Lowe. On jeden poświęcił się swojej pracy, w pełni się w nią angażując. Tak, dzisiejszy dzień będzie dla niego z pewnością bardzo ważny. Jeśli jego praca się ukaże wszelkie Instytuty Badawcze będą chciały z nim współpracować w celu drążenia problemu i dalszej pracy nad tym zagadnieniem. Lowe nie miał wątpliwości, że ta publikacja przyniesie mu rozgłos w świecie naukowym. Nie jeden jego kolega z branży chciałby poszczycić się takim dokonaniem i znaleźć się na miejscu Lowe'a. Roger wiedział, że taka publikacja daje mu wielkie szanse na rozpoczęcie współpracy z najlepszymi naukowcami w dziedzinie genetyki. Postanowił jak najszybciej znaleźć się w swoim laboratorium, wykonać kilka ważnych telefonów i umówić spotkanie w celu podpisania kontraktu dotyczącego publikacji jego pracy oraz oferty przeniesienia do kręgu najlepszych. Rozpierała go duma. Zresztą nie tylko jego. Jego żona, Katharine, na pewno przyjmie tę nowinę z radością. Nie tylko ze względu na sukces męża, ale także ze względu na to, ze Roger będzie mógł w końcu odetchnąć od pracy i poświęcić więcej czasu rodzinie. Właśnie.... Roger pomyślał o swojej córce. Wiedział, ze ona potrzebuje rozmowy z nim, kilka chwil spędzonych razem, choćby przy kolacji. On, kiedy zamknął się w swoim laboratorium na wiele godzin, czasem nawet dni pracy, zapominał o całym świecie. Praca pochłaniała go całkowicie. Wiedział, że teraz będzie mógł na chwile zwolnić, wrócić do rzeczywistości, pobyć ze swoimi bliskimi. Postanowił jak najszybciej wynagrodzić im te chwile bez niego. Szczególnie zależało mu na ponownym nawiązaniu kontaktu z Sally. Nie chciał tracić z nią więzi, które budował przez tyle lat ich wspólnego życia. Zwłaszcza teraz, kiedy Sally była w okresie dorastania. Z własnego doświadczenia wiedział, że ten okres jest najtrudniejszy w życiu każdego dziecka, a dobry kontakt z rodziną odgrywa wtedy ważną rolę.

Roger przeciągnął się i spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta. Nie musiał się więc spieszyć. Kiedy ostatecznie zamknął pracę nad swoim projektem nie musiał już, jak co rano, zrywać się o świcie i gnać do laboratorium, by kontynuować swoje eksperymenty, wyciągać kolejne wnioski i zagłębiać się w skomplikowane tabele. Wystarczyło teraz tylko podpisać kontrakt, doglądać wszystkiego, ale to nie wymagało już takiego nakładu energii, czasu i wyrzeczeń. Roger obrócił się na drugi bok. Jego oczom ukazała się śliczna twarzyczka Katharine. Pomyślał, że małżeństwo z tą kobietą było dla niego idealnym wyborem w życiu. Cenił ją za wyrozumiałość, cierpliwość oraz dobre słowo, którym potrafiła go pocieszyć w chwilach kryzysowych. A miewał ich w swoim życiu sporo. To właśnie tej kobiecie powierzył opiekę nad swoim domem, dzieckiem i, w pewnym sensie, nad sobą. Wiedział, ze nigdy go nie zawiodła i nie zawiedzie. Wymacał jej rękę pod prześcieradłem i delikatnie pocałował w czoło. Katharine otworzyła oczy i zaspana posłała mu miły uśmiech, który natychmiast odwzajemnił.

- Dzień dobry, kochanie. Jak spałeś? – zapytała, ziewając przy tym i ocierając zaspane oczy.

- Prawie nie zmrużyłem oka. Całą noc spędziłem na rozmyślaniach. Te emocje, wiesz, dotyczące mojej pracy nie dawały mi zasnąć. Cieszę się, że to już koniec, mam nadzieje, ze wyniki będą takie, jakich oczekuję.

- O to już nie musisz się martwić. Wierzę w ciebie i wiem, że twoja praca nie pójdzie na marne. Nawet nie wiesz jak jestem szczęśliwa, że nareszcie będziesz spędzał więcej czasu z nami. Sally na pewno też będzie zadowolona. Tak dawno nie rozmawialiście ze sobą, prawie się nie widywaliście. My zresztą też nie mieliśmy dużo czasu dla siebie.

- Wiem, i to jedyna rzecz, która przyćmiewa moją radość. Niestety, musiałem zdobyć się na kilka wyrzeczeń, ale teraz to wszystko wam wynagrodzę.

Katharine posłała mu kolejny uśmiech. Powoli wygrzebała się z pościeli. Zsunęła nogi na podłogę i wymacała swoje kapcie. Podeszła do krzesła, które stało niedaleko i wzięła z niego szlafrok. Okryła się nim i poszła w stronę kuchni. Roger po chwili słyszał jak wołała ich córkę.

- Sally, kochanie, zejdź na dół, śniadanie niedługo.

- Za chwilę będę gotowa, mamo! – odpowiedział dziewczęcy głos dobiegający z pokoiku na piętrze.

Roger wiedział, że teraz on również będzie musiał wstać. Zwlekł się z łóżka i poszedł w stronę drzwi. Uchylił je i spojrzał na wycieraczkę. Poranna prasa jak zwykle dostarczona była na czas. Roger wziął gazetę, wrócił do pokoju, położył ją na nocnym stoliku i zaczął przeszukiwać szafę w celu wybrania jakiejś garderoby. Jak zwykle zajęło mu to sporo czasu, nigdy nie mógł się zdecydować, co na siebie włożyć. W takich sytuacjach z pomocą przychodziła zorganizowana i zdecydowana żona.

- Kochanie, z tobą to jak z małym dzieckiem. Nawet ubierać cię trzeba, dobrze, chociaż, że nie musze cię karmić – mówiła żartobliwie, sprawnie wyciągając parę spodni i świeżo uprasowaną koszulę.

Roger uświadomił sobie, ze tęsknił do takiego trybu życia. Brakowało mu tych miłych porannych przebudzeń przy ukochanej żonie, brakowało mu odgłosów z kuchni, kiedy ona w pośpiechu przygotowywała śniadanie. Tęsknił także do tych wiecznych narzekań jego córki, która od rana nie była nigdy w najlepszym humorze. Tym bardziej cieszył się myślą, że teraz znajdzie dla nich czas, że wszystko wróci do normy. Ubrał się, wziął leżąca na stoliku gazetę i poszedł do kuchni zwabiony wspaniałymi zapachami przygotowanych przez Katharine jajek sadzonych. Była to jego ulubiona potrawa. Cieszył się, że ją przyrządziła, dawno nie miał okazji w spokoju kosztować jej wspaniałych dań. Zajął miejsce przy stole. Katharine postawiła przed nim talerz z pięknie przysadzonymi jajkami.

- Wiem, że takie lubisz – powiedziała. – Przygotowałam je specjalnie dla ciebie.

- Dziękuje, to dla mnie prawdziwa przyjemność – odpowiedział zabierając się do swojego śniadania.

Katharine postawiła na stole jeszcze dwa talerze. Usiadła na wolnym krześle blisko męża. Teraz oboje ze smakiem zajadali się śniadaniem. Kiedy zbliżali się ku końcowi do kuchni weszła Sally. Rzuciła krótkie „cześć” i usiadła przy wolnym talerzu. Roger spojrzał na nią i również odpowiedział jej „cześć”.

- Witaj kochanie, jedz prędko, bo niedługo musisz wyjść do szkoły – Katharine wydawała predyspozycje podczas zmywania pustych talerzy.

- Dobrze mamo, mam jeszcze czas, nie martw się, zdążę.

- Jak chcesz to pojedziemy dziś do szkoły razem. Wyjeżdżam przed ósmą, podwiozę cię – Roger złożył jej swoja propozycję.

Rzucił jej krotki uśmiech i czekał na odpowiedz. Pierwsza odezwała się jednak Katharine.

- Myślę, ze to bardzo dobry pomyśl. – powiedziała do córki - Spójrz za okno, pogoda nie jest najlepsza. Zbiera się na deszcz. Przynajmniej nie zmokniesz.

- Jeśli nie masz na to ochoty, to powiedz – Roger dal Sally do zrozumienia, ze jego propozycja nie jest przymusowa – Chciałem po prostu jakoś wynagrodzić wam moje ostatnie zaniedbania. Może w samochodzie zdążylibyśmy zamienić kilka słów? Poza tym... Mam dla was niespodziankę. Miałem wam o tym powiedzieć później, ale widzę, że nie warto zwlekać. Znalazłem doskonały sposób na to, abyśmy mogli spędzić razem więcej czasu. Jak wiecie, zbliżają się wakacje. Co powiedziałybyście na mały wypad wakacyjny w jakieś zaciszne miejsce?

Tak, jak się spodziewał nastała cisza. Wiedział, że ta informacja zrobi na nich wrażenie, pozytywne wrażenie. Długo marzyli o takim wspólnym wyjeździe i oderwaniu się od rzeczywistości.

- To wspaniały pomyśl. Zawsze chcieliśmy gdzieś razem wyjechać. Nie uważasz, ze to wspaniale Sally? – Katharine wyraziła swoje zadowolenie i aprobatę.

- Oczywiście, że tak – Sally posłała Rowerowi uśmiech, ale nie wydala się do końca zadowolona. – To jak, nadal chcesz mnie podwieźć do tej szkoły? – zapytała.

- Naturalnie – Roger wydal się uszczęśliwiony – Zbieraj się, niedługo wyjeżdżamy.

Sally ochoczo pobiegła do swojego pokoju, spakowała książki i już po chwili razem z ojcem siedziała w samochodzie. Ruszyli. Roger starał się zabić ciszę panującą od początku drogi. Nie bardzo jednak potrafił znaleźć temat, na który mogliby porozmawiać. Nie będzie przecież opowiadał swojej córce o właściwościach genomu człowieka. Uśmiechnął się do siebie w myślach. Zerknął w lusterko i zobaczył Sally przyglądającą się bez większego zainteresowania widokom za szybą samochodu. Była to jej codzienna droga do szkoły, tylko, że teraz widziana z perspektywy pasażera. Mimo to nic ciekawego nie udało jej się dostrzec. Oderwała wzrok od szyby i zerknęła w lusterko, w którym odbijały się oczy jej ojca.

- Cieszę się, ze skończyłeś już swoja pracę – zagadnęła.

- Ja również. Specjalnie postarałem się o ten wyjazd. Będziemy mieli całe dwa tygodnie dla siebie.

Droga nie była długa. Już po około dziesięciu minutach znaleźli się przed budynkiem szkoły. Sally złapała plecak i pociągnęła za klamkę.

- Może chcesz, abym przyjechał po ciebie jak skończysz lekcje? – zapytał Roger.

- To naprawdę miło z twojej strony, ale dzięki, nie trzeba. Umówiłam się z koleżankami, że będziemy dziś razem wracały. To cześć! – odpowiedziała jednym tchem i ruszyła w stronę nadchodzącej w stronę szkoły grupki rówieśników. – Dzięki za podwiezienie.

- Cześć – powiedział Roger, kiedy Sally zatrzaskiwała za sobą drzwi.

Odczekał chwilę, patrząc jak jego córka wraz z innymi wchodzi do budynku. Później włączył silnik i udał się do swojego laboratorium. Postanowił, ze jak tylko dojedzie na miejsce wykona odpowiedni telefon, aby dowiedzieć się, czy propozycja, którą mu złożono nadal jest aktualna.

Rozdział 2

- Dzień doby panie Lowe. Czekaliśmy na wiadomość od pana – usłyszał, kiedy siedząc już wygodnie w fotelu w swoim biurze wykręcił numer i podał swoje nazwisko. – Wszystko jest jak najbardziej aktualne. Jeśli zależy panu na czasie, możemy spotkać się w najbliższym terminie.

- Tak, to by mi bardzo odpowiadało. Kiedy mogę się u państwa stawić?

- Pomyślmy... – Roger usłyszał w słuchawce szelest papierów – Jeśli pasuje panu dzień jutrzejszy, będę bardzo zobowiązany.

- Jak najbardziej, termin mi odpowiada. Do zobaczenia jutro – Roger zakończył rozmowę czując wyraźna satysfakcję.

Odłożył słuchawkę. Poczuł przyjemny dreszczyk, taki który odczuwa każdy osiągnąwszy to czego chciał, w sposób jaki chciał. Roger pomyślał, że to wszystko mimo swojego uroku nie jest koniecznie wspaniałe. Istniały ku temu różne powody. Najbardziej dręczyło go to, że jeden nieodpowiedni kontakt może całkowicie zniweczyć jego sukces. Wiedział, że ludzie potrafią być zazdrośni i chciwi. Nie wychylał się więc w prezentowaniu swoich osiągnięć. Wolał zachować je bezpiecznie w swojej głowie i przekazać tylko tym, którym ufa. Rozejrzał się po swoim biurze. Właściwie nie było to biuro a niewielkie pomieszczenie przyklejone do laboratorium. Stanowiło ono dla Roger'a pewien rodzaj samotni. Czasami podczas wytężonej pracy, kiedy nie mógł dojść do żadnych rozsądnych wniosków i kiedy miał wszystkiego dość przychodził tutaj i przez jakiś czas siedział w swoim ulubionym fotelu, starając się nie myśleć o niczym. Tutaj odnajdywał swoją harmonię i niezbędne skupienie. W chwilach kryzysu zaglądał więc do swojego biura i medytował. Był to dla niego najlepszy sposób na zebranie myśli. Zawsze skutkował. Poza tym już sama atmosfera spokoju i ciszy, która panowała wewnątrz napawała go jakimś niezrozumiałym uczuciem błogości i bezpieczeństwa. Nie potrafił dokładnie określić, dlaczego tak się dzieje. Pomieszczenie nie było w jakiś szczególny sposób nadzwyczajne, nie było poobwieszane medalikami ani innymi symbolami mającymi - według opinii hinduskich, jak się wydawało, handlarzy, którzy często paradowali po ulicach Hrooge – zapewnić ich posiadaczowi szczęście i „życie zgodne z otaczającą nas przyrodą, jak również energię napływającą do nas z otoczenia”. Roger nigdy nie wierzył w takie opowiastki mimo iż niektórzy jego znajomi gwarantowali mu swoim słowem, że „to jest wręcz niesamowite, ale działa, powinieneś spróbować”. Nie dał się przekonać żadnemu z nich. Zdecydowanie wolał jogę i regenerację „życiowej energii swojego umysłu i ducha” poprzez medytację. Usiadł na fotelu i rozłożył się w nieco wygodniejszej pozie. Przymknął oczy i popadł w zadumę. Wyrwał go z niej ostry, przecinający ciszę dźwięk telefonu. Roger skierował swój wzrok na biurko. Telefon, który się na nim znajdował dzwonił nieustannie. Po piątym sygnale naukowiec podniósł słuchawkę.

- Roger Lowe, słucham.

- Tu Bob, poznajesz? - odpowiedział głos po drugiej stronie słuchawki.

- Oczywiście, co u ciebie? W jakiej sprawie dzwonisz? - Roger wydał się uszczęśliwiony tym telefonem.

- Nie mam konkretnego powodu. Chociaż właściwie to mam... Dowiedziałem się o twoim sukcesie, wiesz, zakończeniu pracy nad projektem.

- Widzę, ze jesteś dobrze poinformowany. Katharine się wygadała? - Roger udał nieco zagniewany ton.

- Jak byś przy tym był. Ostatecznie i tak pewnie bym się dowiedział.

- Racja, ale chyba nie dzwonisz tylko w celu złożenia mi gratulacji.

- Domyślny z ciebie facet - Bob zaśmiał się do słuchawki - Rzeczywiście, mam również inna sprawę. Co byś powiedział na spotkanie w barze "Groofin", około szóstej. Jeśli oczywiście zdołasz się oderwać od biurka.

- Z największą przyjemnością. Możesz się spodziewać, że będę.

- W takim razie do zobaczenia - Bob zakończył rozmowę.

Roger odłożył słuchawkę. Cieszył się, ze Bob zadzwonił. Dawno się nie widzieli. Pomyślał, ze przyda mu się rozmowa z najlepszym kumplem. Znali się od dziesięciu lat i do tej pory utrzymywali ze sobą dobry kontakt. Ich znajomość zawiązała się na studiach. Mimo iż nie chodzili na ten sam kierunek i nie należeli do jednej grupy, to tak, jak wszyscy inni studenci chodzili na imprezy do pubu znajdującego się niedaleko uczelni. "Serate", bo tak ten pub się nazywał - Roger nie miał całkowitej pewności, czy nadal prosperuje - cieszył się wtedy sporym uznaniem i, można by rzec, że przeżywał lata swojej świetności. Nie ma to jak dobry wybór lokalizacji. Codzienne, a raczej co-nocne, zabawy z udziałem głownie "młodzieży" Uniwersytetu Weise były główną atrakcją tego lokalu. Podczas jednej z takich zabaw Roger poznał Bob'a. Niby nic nadzwyczajnego, ktoś ich sobie przedstawił, uścisnęli sobie dłonie, zamienili kilka słów. To wszystko. Dopiero późniejsze wydarzenia bardziej utrwaliły ich przyjaźń. Kiedy Roger wracając z jednej z takich zabaw został napadnięty przez dwóch niemiłych kolesi, z pewnością nie wyszedłby bez szwanku ze spotkania z nimi, gdyby nie zbawienne pojawienie się Bob'a. Był to człowiek dobrze zbudowany, żeby nie powiedzieć napakowany, mierzący około metr dziewięćdziesiąt. Już sam jego widok zniechęcał do wdawania się z nim w sprzeczkę. Wtedy również wystarczył i dwaj nieznajomi napastnicy szybko opuścili swoją ofiarę. Wtedy właśnie Roger przekonał się, że nie każdy kto wygląda na typowego pakera musi być "kimś kogo lepiej nie spotkać na pustej, ciemnej ulicy" i kimś kto nosi przy sobie kij baseballowy, niekoniecznie używany do samoobrony lub ze względu na to, że należy do jakiejś baseballowej drużyny i wybiera się na trening.

Roger spojrzał na zegarek wiszący na ścianie. Dochodziła piąta po południu. Miał więc jeszcze około półtorej godziny do spotkania. Obrócił się na krześle i włączył komputer. Podał swoje hasło dostępu i wyszukał plik zawierający całą dokumentację dotyczącą jego pracy. Rozpoczął drukowanie. Potrzebował gotowego egzemplarza, aby móc go zanieść na jutrzejsze spotkanie.

 

Rozdział 3

Katharine krzątała się przy kuchni. Właśnie zabierała się za szykowanie obiadu kiedy w pokoju obok zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetlił się prywatny numer biura Roger'a. Podniosła słuchawkę.

- Słucham kochanie - jej ciepły glos popłynął na druga stronę.

- Cześć. Posłuchaj, nie będę mógł być dzisiaj na obiedzie. Dostałem telefon od Bob'a. Jestem z nim umówiony na mieście.

- Ale właśnie zaczęłam szykować wykwintny obiad. Mieliśmy dzisiaj razem zjeść wspólny obiad po wielu dniach, kiedy nawet razem nie spaliśmy.

- Wiem, doskonale pamiętam. Bob zadzwonił tak niespodziewanie, nie mogłem mu odmówić. Wynagrodzę ci to jutro.

- Jutro... - ile razy słyszała już ten zwrot - No, dobrze. Tylko nie wywijaj już takich numerów.

- Obiecuje, do zobaczenia wieczorem.

Rozmowa zakończyła się. Katharine bezradnie pokręciła głową i westchnęła. Wróciła do kuchni i zmniejszyła porcje przygotowane na dzisiejszy obiad. Usłyszała otwierane drzwi i wesołe "cześć" dobiegające z korytarza. Przeszła w tamtym kierunku. Sally właśnie wróciła ze szkoły. Rzuciła plecak na podłogę, wymieniła z mamą szybkie całusy w policzek i pognała do kuchni. Katharine poszła za nią. Sally siedziała na krześle i zdecydowanie zaskoczonym wzrokiem patrzyła na mamę.

- Obiad jeszcze nie gotowy? - spytała.

- Cóż taka niecierpliwa? Ty, odwieczny niejadek, nagle dopraszasz się obiadu?

Sally zrozumiała, ze najwidoczniej "nie nadają na tych samych falach". Jej pośpiech wynikał z zupełnie innych pobudek niż natychmiastowa chęć zjedzenia pyszności przygotowanych przez mamę.

- Nie pamiętasz? Jestem dzisiaj umówiona z Alex'em. Idziemy razem na imprezę.

- Tak, zupełnie zapomniałam. Wiesz dobrze jednak, że nie jestem za tym pomysłem. Martwię się, że coś ci się stanie. Najlepiej by było, gdybyś nigdzie nie poszła.

- Mamo, przerabiałyśmy to już tysiąc razy - Sally zniechęconym głosem zaczęła się bronić przed zmiana decyzji przez "siłę wyższą" - Nie idę tam sama. Alex będzie ze mną, nic mi się nie stanie. Poza tym będzie tam sporo naszych znajomych. - powtarzała tą formułkę już chyba z setny raz.

- Wiem, mimo to nie jestem spokojna. Nie mam zaufania do tego Alex'a. Nic o nim nie wiem. To nie jest dobry pomysl - Katharine postawiła przed córka talerz z naprędce przygotowanym daniem.

- Mamo, daj żyć - Sally zakończyła rozmowę i zaczęła pałaszować ryżową potrawkę.

Katharine spojrzała na nią i uśmiechnęła się do siebie w myślach. Przypomniała jej się jej młodość, kiedy ona również musiała spierać się ze swoja matka w takich kwestiach. Nigdy nie mogła zrozumieć jej oporu. Dopiero teraz, kiedy sama znalazła się na jej miejscu inaczej podchodziła do całej sprawy. Sama odczuwała matczyną troskę o własną córkę. Nie stwarzała już więcej problemów, rozumiała położenie Sally. Młodość musi się wyszumieć.

 

kryminolog : :